Wczoraj był okropny
dzień.
Najpierw wypadek Julesa
Bianchi. Uderzył on w dźwig, który zabierał inny bolid z toru.
Podobno w nocy przeszedł drugą operację. Nieoficjalne informacje
są takie, że jego stan się pogorszył. Nie spodziewałam się, że
kiedykolwiek zobaczę taki wypadek w F1. Trzymam za niego kciuki. Nie
będę się modliła, bo to byłoby z mojej strony hipokryzją.
Wczoraj zmarł Andrea de
Cesaris, który jeździł kiedyś w Formule 1. Miał wypadek
motocyklowy.
Pod wieczór okazało
się, że Anna Przybylska przegrała walkę z chorobą nowotworową.
Nigdy nie byłam jej fanką, ale trochę to przeżyłam.
Wczorajszy dzień skłonił
mnie do różnych przemyśleń. Zawsze mam te same przemyślenia, gdy
ktoś umiera-życie jest krótkie i nie wiadomo ile potrwa. Trzeba je
wyciskać jak cytrynę. Szczerze mówiąc, to boję się śmierci.
Przeraża mnie to, że nie wiem, co będzie potem. Boję się, że
ktoś bliski mi umrze. Wiem, że taki moment kiedyś nadejdzie, ale
nie chcę o tym myśleć.
A miał to być fajny
dzień. Myślałam, że będzie fajny, bo kierowca, któremu kibicuje
miał wczoraj urodziny.